Przyszedł do mnie duch ludzki z pochodnią nad głową
i tak rozpoczął mówić w słotną noc czerwcową: Duch ludzki Noc... ciche mgły... kędyż jest świat? Czy w otchłań padł? Pode mną morze mgieł na dole - - waha się, chwieje - - na dole nisko dziw-uroczysko czasem przednieje - - tam - w dole... O! Jak wysoko jestem! Na jakim niebycie wtopionym szczycie... Hen - z dołu kędyś grają - ledwo grają wody - wytężam ucho - łowię ich daleki szum - - wokoło mgieł płynących senne korowody i jakby gędźbą skrzypiec dźwięczy świata tum... Szum wód - - jaki cudowny - - królewska natury pieśń - - tam pośród głazów w dolinach się toczą - -- lecz gdy źrenice wznoszę nad siebie, do góry, cóż one tam w niebiosach, tam, w tej ciemni zobaczą?... Nic wiem - zgadnąć nie mogę - - wiem, że w piersi mojej kłąb żmij krew moją ssących zwichrzony się roi... Gdyby kto zajrzał w duszę człowieka nie wtedy, gdy maskę kładzie - - kiedy, całej maskaradzie życia daleka, jest sobą, prawdę sama przed sobą wyznawa: o jakże dusza ta jawi się krwawa! Cóż cię boli!? Głód holi! Szukałaś dokoła, ofiarowałaś siebie i wszystko, co twoje - szukałaś - ach! nie anioła! szukałaś serca, co bije, jak twoje, szukałaś myśli, co się z twoją splata, ofiarowałaś wszystko, coś w swem wnętrzu miała, rozpuściłaś, jak głupiec, krwi najlepsze zdroje, a głuche Nic - to twoja jedyna zapłata! Przeklęty, kto w życiu szuka, kogo żądza tęsknot gnaia, kto pragnie i kto pożąda! Los mu w oczy kurzem bryzga, wionie czarnem skrzydłem kruka, zawiedzie go, kędy skała, nad przepaścią stroma, ślizga, w odmęt piekielny spogląda! Mędrzec, który nad życia kościotrupem siedzi, zna wszystkie zapytania, nic chce odpowiedzi; my, twórcy, celu rzeczy pytamy nazwiska, a za każdem pytaniem krew z w rogi nam tryska! Jeśli w jakimś światła błysku, w świetlanym jakimś atomie: świat mi, jak w słońca ogromie, odbija się w widowisku; jeśli w jednym liścia dźwięku słyszę cały chór wszechświata; jeśli w drobnym kwiatów pęku woń aż z gwiazd chwycona wzlata: chcę znać imię tej potęgi, co mi wszechświat w pył zamknęła i szerokie lotu kręgi w jeden lodu kryształ ścięła! Jeśli ja, co głową biję w błękit nieba niezmierzony: w kruszku lodu cały żyję, jako piasek w nim zamkniony; jeśli całe moje morze, to jedna wody kropelka: chcę znać: co nade mną może, jak się zwie ta Przemoc wielka? Lecz próżne zapytanie - - nie ma odpowiedzi - wiem tylko, że w atomie świat, atom w wszechświecie; wiem, że wzrok głębię duszy, jak nurek dno śledzi i że w zbyt wielkiej głębi woda na śmierć gniecie... I cóż, że umiem patrzeć? Czyż nie ci szczęśliwi, których wzrok wierzchnie wody jak jaskółka trąca? Cóżem dojrzał? Głąb wodną, kędy ludzie żywi nie dojdą - - bezdeń ciemną bez kresu, bez końca... A jako orzeł spętany w mikrokosmosie się duszę, lecz co jeden łańcuch skruszę, nowe spadają łańcuchy, nikłe, cienkie, zda się muchy lekkie je rozerwie skrzydło, lecz to nikłe, cienkie sidło, to są lwa wiążące ljany! Boże mój, Boże i jakże szeroko, jak bystro, lotnie leci me oko! Ileż obejmie kręgów przestrzeni, zestrzeli w sobie słońca promieni! Te dumne, boskie człowiecze oczy! Mur ich nie zwiąże, wał nie otoczy, Przebiją z cegieł kładzione ściany, wydrą się z celi w ziemi sypanej! Jakże je wielbię! Jak im się dziwie! Dusza, jak łucznik, na swej cięciwie ma oczy ducha, co dalej lecą, niż słońc wszechświata promienie świecą... I ten wzrok mój dumny, śmiały, więzi w sobie i zamyka, jak wąskie oczy złotnika, jeden jasny kamyk mały? Jedna kropelka świetlana, dlatego, że szklniąco lśni się, dziś będąca, jutro zwiana, jako rosa na irysie? I duch, co jak rycerz złoty wśród rogów powietrznych grania, przez Synaje i Golgoty iść ma do wszechzmartwychwstania i z wzdętą chorągwią w ręku, jak owa Francji dziewica, wyzwolenia przodownica, iść ma naprzód w bój bez lęku: ten duch oto gubi drogę i wstrzymuje się w pochodzie, jak tygrys, w którego nogę kolec ścierniska się wbodzie!?... Jeśli duchem gdzie będę potem: tę czerwcową mroczną noc wspomnę w sobie - wolny, uskrzydlony - zaszumiały mi orle skrzydła ponad głową, a jam, jak złotnik siedział nad stołem schylony i wzrok, boski wzrok ludzki, co nad gwiazdy płynie, utopiony miał w kropli krwi mojej rubinie... Głos z przestrzeni A więc precz z tą kroplą krwi! Wyrwij ją z czerwonych żył! Burzy! Ognia! Pędu chciej! Błyskawice czołem siecz, niech ci niebo w uszach grzmi, ziemia w dłoniach rwie się w pył, a z tą kroplą krwi twej precz! To jest krwawy życia żart Ponad to! ponad to! Tęczy glorji tyś jest wart, duchu ludzki - z gwiazd twe gzło! Ponad życie! Wyżej Wzwyż! Ponad świata proch i śmierć! Śmiechem mu się w oczy wświeć! Pluń mu w twarz - i wyżej leć, jak Chrystusa leciał krzyż! I nie pytaj! Pyta-ż kto jeśli w puszczy wyrasta dąb: skąd to ziarno z wiatrem szło, skąd on wyrósł? Pyta-ż kto we wojennych hałas trąb: czy lutniści w lutnie dmą? Tygrys, co mu w nogę cierń wbił się, gdy przechodził ścierń, niechaj ginie - to jest zwierz! Lecz ty z gwiazdy loty bierz! Któż zatrzymać może chód gwiazdy w niezgłębionej toni? Idzie wiecznym kręgiem wprzód, wieczny ogień w niej się płoni... Mikrokosmos? Lodu kruch? Kamyk, który więzi wzrok? A ty jesteś nic - czy duch? Pustka - czyli rzutem Boga napełniona - komet droga? A ty jesteś sen - czy skok!? Skacz więc! W przestrzeń! Nic w otchłanie! W niebo! Na dół nie patrz tam! Myśli twojej skrzydła złami Precz z twą myślą! Żar twej krwi, jako płomień pod balonem, pod okręgiem mocy twej niech ją wznosi w mgieł tumanie, aż uderzysz z niebios dzwonem! Duch ludzki Słyszałeś? Piszący Tak. Słyszałem. Duch ludzki Patrz - podnoszę ramie! Widzisz blady cień za mną? To blade widziadło? Pchnąłem!... Patrz, jak zachwiało się, cofnęło, padło! Nie wróci więcej! Z pęt się żelaznych wyłamię! Wdzięczność? Było natchnieniem? Nie! Złudą natchnienia! Jam tworzył z moich własnych, a nic z danych sił! Żal? Strącam, jak liść, co się już nie zazielenia. przekwitł, zwiądł - nic wiem nawet, czy na drzewie był! Zużyłem - a więc sięgam po materiał nowy! To prawo twórcy! Z wspomnień i pamiątek drwię! Czaszę z drewna, czy dumny puhar kryształowy, gdym wypił, o ziemię ciskam! Nie odwracam głowy na cienie, gdy mnie słońce purpurowe zwie! I to, co póki żyło, było dla mnie drogą gwieździstą - zmarłe jest mi kurzawą pod nogą!
Kazimierz Przerwa-Tetmajer |